wtorek, 2 października 2012

Nieskończone: Lady Frankenstein (1976) Jerzy Skolimowski


Choć wydaje się to nieprawdopodobne, ale polskie kino mogło doczekać się swojej wariacji na temat najsłynniejszego monstrum stworzonego rękami doktora Frankensteina. Sposobność zdawała się doskonała, w roku 1973 ujrzał światło dzienne jeden z najdziwniejszych filmów tego typu, "Ciało dla Frankensteina", to mogło zwiastować powodzenie roku 1976 dla egzotycznej produkcji polsko-brytyjsko-niemieckiej. To, że film nie został nigdy dokończony wciąż pozostaje zagadką, wiadomo tylko, że powstały i pozostały tzw. "zdjęcia uciekające". Skolimowskiemu podobno bardzo zależało na uwiecznieniu Wisły zimą, także podobno jej widok, takiej białej niemal całkiem zamarzniętej było jedynym z ważniejszych impulsów dla rozpoczęcia zdjęć. Inną pozostałością po filmie są fotosy z planu wykonane przez Jerzego Troszczyńskiego (24 z nich można zobaczyć tu). Osoba która widziała cały zarejestrowany materiał filmowy twierdzi, że te fotosy z wstępującym tam Piotrem Fronczewskim pokrywają się z materiałem filmowym. Nie ma tam jakiegokolwiek zarysu przyszłej fabuły, jest bardziej zapowiedz czegoś. Taki szkic, ale bez konkretów.

Warto zwrócić uwagę na młodego Fronczewskiego, który jeszcze nie został przypisany do ról dobry ojców i przyjaciół czworonogów. Tu widać, że ta rola mogła zaważyć na całej jego przyszłej karierze.


Oglądając te fotosy, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten film nie całkiem umarł w roku 1976, ale ożył w pewnych fragmentach, a może obrazach przedostatniego filmu Skolimowskiego, w "Czterech nocach z Anną". Postać Artura Steranko ma w sobie coś z Fronczewskiego z fotosów, powtarza się także zimowa sceneria, taka brudna i plechowata. I najważniejsze, mamy tu i tu scen nad rzeką, ten obraz powtarza się u Skolimowskiego tylko w tych dwóch filmach, w żadnych innych. Dodatkowo w "Czterech nocach..." reżyser zręcznie bawi się konwencją kina grozy, myli widza, łudzi go obietnicą pewnego kina, a ostatecznie daje mu coś całkiem innego.

Pozostanie zagadką, czy niezrealizowana ostatecznie "Lady Frankenstein" zapoczątkowałaby w Polsce modę na kino grozy. Pewnym jest, że stałaby się wyjątkiem, czymś co stanowiłoby chlubny wyjątek dla tego gatunku w rodzimym kinie. Tak pozostaje tylko przykładem, jak trudną drogę na ekrany ma w polskim kinie filmowy horror.

1 komentarz:

  1. Damn... To by było coś. Faktycznie przypomina noce z Anną.

    OdpowiedzUsuń